Kiedy podczas budowy ścinali ogromną wierzbę płaczącą, pod którą bawiłem się w dzieciństwie, zabrałem kawałek jej kory do domu. Kiedy podniosłem go z ziemi i schowałem ze wstydem, przybiegł jakiś gość w kasku i roboczych ciuchach i zaczął się na mnie drzeć, co ja tu robię, pewnie jestem z jakiejś organizacji ekologicznej itp. Kiedy mu powiedziałem, że przyszedłem zabrać na pamiątkę kawałek kory z drzewa, które ścięli, zawstydził się. Odwrócił twarz i już nie krzyczał. "To do kierownika trzeba iść ... ustalić takie chodzenie tu ... a nie tu, sentymenty jakieś ... " i odszedł zmieszany. Mam ten kawałek kory do dziś. To wszystko co mi zostało.