Industrialny fin de siècle pomiędzy betonem socjalizmu a jarmarkiem
(dziś promocja: uczucia wyższe po 17,90PLN)
Jest początek lat 90. Wokół miesza się szarzyzna i betonowa beznadzieja lat 80 z nową, jarmacznotargowiskową
rzeczywistością. Mam chyba 15, może 16 lat i włóczę się bez celu po ulicy w
dziurawych dżinsach. Chodniki też są pełne dziur a tramwaje i autobusy - brudne, czasem
wyeksploatowane do granic możliwości. Szukam jakiejś ciekawej muzyki, takiej, która przewraca
wszystko, albo ustawia do pionu i nie pozwala o sobie zapomnieć. W moim pokoju sterta kaset
magnetofonowych z najprzeróżniejszymi nagraniami...
Szukam w pamięci czegokolwiek z tamtych czasów i mam:
Zdarzenie nr 1.
Czytam pismo „Brum” i znajduję artykuł o jakimś przedziwnym zespole. W tekście miesza
się filozofia, jakiś panrealizm, teorie, dziwne pojęcia, terminy, „muzyka industrialna” itp. Średnio to
ogarniam ale już wiem, że ciekawie by było zdobyć jakieś nagrania tej grupy.
Aha - nazywają się Kinsky.
Zdarzenie nr 2.
Jest ciepłe, letnie popołudnie, promienie słońca wdzierają się do mieszkania. Wchodzę do pokoju
moich rodziców, na ekranie telewizora zaczyna się właśnie teledysk … straszny, okraszony muzyką
kruszącą mury. Staję jak wryty. Napis na dole ekranu: „Kinsky – Harmonia Praestabilita”. Coś tam
mówią, że teledysk dostał nagrodę, taką czy inną ale ja już nie słucham – myślę o tym co właśnie
zobaczyłem. To chyba jest właśnie ten przewracający wszystko buntowniczy krzyk potrzebny mojej
dojrzewającej duszy. Takie rzeczy puszczano w telewizji na początku lat 90 w środku dnia ... aż sam w to nie wierzę.
Zdarzenie nr 3.
Jadę brudnym tramwajem 13N w szary jesienny (albo wiosenny) dzień z kumplem z technikum. Nie
pamiętam po co i dokąd. Który to może być rok? Może 1993 a może 1994 … Przejeżdżamy przez
Plac Bankowy, który jeszcze niedawno nosił pomnik Dzierżyńskiego i przez okno widzę naklejoną na
jakimś słupie albo wiacie przystankowej (przy błękitnym wieżowcu) kartkę z napisem KINSKY i
informacją o (chyba) koncercie. Nazwa zespołu jest wpisana w znak przypominający symbol pewnej
partii z lat 30 działającej w jednym z państw ościennych …
– „O, Kinsky!” - pokazuję ręką kartkę za szybą
– „a to dobra muzyka? To jacyś naziole są?” - pyta kumpel
– „Nie, skąd”
– „To czemu taki symbol … ?”
Nie mam pojęcia co odpowiedzieć ale już zrozumiałem – oni używają symboli bez żadnego
znaczenia ani treści.
Zdarzenie nr 4.
Pierwsza połowa lat 90. Idę ulicą Grójecką, gdzieś w okolicach Placu Narutowicza widzę
nabazgrolony granatowym sprayem napis „KINZKY”. Myślę sobie „oho – nasi tu byli” …
Kontakt bezpośredni.
Kupiłem kasetę magnetofonową. Niestety już nie pamiętam gdzie i jak. Ale pamiętam, że
pobiegłem ze zdobyczą do kumpla. Ten wziął z domu duży, przenośny magnetofon i posłuchaliśmy
trochę na klatce schodowej. Kumpel minę ma nietęgą i mówi „Jezu … co to?”. „KINSKY!” -
odpowiadam uradowany.
Kupiłem też CD. Chyba to było w sklepie, który mieścił się w piwnicy budynku stojącego obok
błękitnego wieżowca. Kupiłem bo były dodatkowe utwory i absolutnie mistrzowska okładka, która
już w wersji kasetowej robi mętlik w głowie. W wersji CD to najlepsza okładka polskiej płyty jaką
widziałem. Jest po prostu oszałamiająca, te intensywne kolory, złota czcionka, to wszystko się
miesza, kotłuje i ma się wrażenie, że to wszystko płynie, że farba wciąż cieknie. Sama płyta jest z
jednej strony ascetyczna (tylko napis na jednolitym tle) a z drugiej strony tak bogata (cała pokryta
złotą farbą), że nie umiem jej skomentować. Oprawa płyty ma w sobie coś królewskiego,
obrzydliwie bogatego, ocieka złotem i czerwienią. Jednocześnie ma się wrażenie obcowania ze
sztuką. To nie jest przypadkowy obrazek ze stocka. To jest projekt od a do z.
Muzyka jest tu dziwna i pogmatwana, brzmi potężnie, niektóre utwory przedzielone są długimi
przerwami w których słyszymy coś, co przypomina daleki odgłos fabrycznej hali. Głosy w
rozmaitych językach, niepokojące dźwięki i rozdzierające krzyki. Nie polecam tej płyty osobom o
skłonnościach do depresji … Zresztą ta płyta nie służy do wielokrotnego odtwarzania. To raczej
kafar, którym od czasu do czasu, raz na wiele lat warto wtłuc się w ziemię, sprowadzić do parteru.
Zgnieść wszystkie swoje fobie i wypalić żelazem to, co Cię boli. Kiedy rzygasz kolorową
rzeczywistością reklam a hipermarket już Cię nie kręci – czujesz, że przyszedł czas nacisnąć reset.
Reset-Nirwana-Katharsis. Jedni piją wódkę, inni się faszerują dragami – to nie ma sensu. Jeśli masz
odrobinę wrażliwości, tę cząstkę, która czyni, że potrafisz czerpać rozmaite wrażenia patrząc na
obraz lub chłonąc muzykę – to po prostu rzuć sobą o ziemię taką płytą. Chociaż raz. Wczesny Swans
też się nada. Kinsky jest bardziej pogmatwany, bardziej niezrozumiały, nic nie jest tu oczywiste.
Mam tę płytę przeszło 20 lat i nie wiem czy ją rozumiem. Może tu nie ma nic do rozumienia … ?
Może nie o to chodzi? Może o nic nie chodzi? Można ją spłycić i powiedzieć, że to tylko chaos albo
w nieskończoność doszukiwać się znaczeń.
Taka muzyka przystawała do rzeczywistości końca wieku. Wyczuwało się nieco klimat „Fin de
siècle” i Kinsky pasował tu doskonale.
Myślę, że każdy młody człowiek musi znaleźć w muzyce coś, co będzie go odróżniać od pokolenia jego rodziców i wyrażać niepokój i niezgodę na porządek świata. Chociaż ... współczesna młodzież w ogóle tego nie szuka, nie buntuje się. Za wszelką cenę chce wyglądać „normalnie”, jak dorośli. Jest w tym jakaś obrzydliwa, konformistyczna kalkulacja.
Stworzyliśmy rzeczywistość marketów, reklam i promocji, która kupiła nasze dzieci.
Wykrzycz to.
Poniżej znajduje się galeria reedycji płyty z 2015 roku. Kinsky żyje.