ESEJ: 'Na cholerę ci ten złom' i inne barbarzyństwa

Od pewnego czasu w moim pokoju stoi stare, lampowe radio. Klasyczna konstrukcja z owalnym głośnikiem, wielką, podświetlaną skalą i chmarą lamp wewnątrz. Lampy w zasilaczu, lampy w tunerze, lampy w końcówce mocy (w tej roli - pentoda EL84), wyjście na dodatkowy głośnik i wejście gramofonowe. Wewnątrz widać bardzo dużo żmudnej, ręcznej pracy. Radio jest na szczęście produkcji zachodnioniemieckiej, dzięki czemu posiada „właściwy” zakres UKF, mogłem więc posłuchać wielu radiowych audycji przy użyciu owego zabytku.

Podczas tych „odsłuchów” nasunęła mi się pewna refleksja. Nie przypominam sobie aby słuchanie radia kiedykolwiek sprawiło mi tyle przyjemności! Proszę się nie pukać w czoło! Już wyjaśniam w czym rzecz. Dźwięk, owszem jest ewidentnie obcięty na górze i nieco matowy. Jednak głośnik, z papierową membraną i maleńką jak na dzisiejsze standardy cewką ładnie przekazuje mowę i muzykę, choć z rytmami techno i death-metalem sobie już nie radzi ... Nie jest to dziwne biorąc pod uwagę fakt, że ów głośnik jest pewnie starszy niż obydwa te gatunki muzyki razem wzięte ... Basik jest kapitalny, króciutki i „papierowy” a dziś wszystkie stacje strasznie podbijają skraje pasma, więc jest dobrą dla nich przeciwwagą. Ale nie tędy droga, nie chodzi tylko o dźwięk.


Otóż odkryłem, że słuchanie muzyki stało się dziś zwykłą, byle jaką, szarą, codzienną czynnością, jak pranie, mycie naczyń, oglądanie głupot w telewizji itp. Radio z magicznym okiem, szklaną płytą i wielkimi gałkami przenosi nas w inny wymiar. Słuchanie radia staje się rytuałem. I jest to po prostu przyjemne. To urządzenie jest tajemnicze i ma w sobie alchemiczną duszę - taką, jaką mają parowozy i sterowce. Kiedy kręcę wielką gałką, wewnątrz najeża się szeregiem blaszek duży kondensator jak grzbiet jakiegoś techno-dinozaura. Gdy czytam gęsto opisaną skalę a z wnętrza świecą lampy to uczestniczę w czymś niezwykłym. Bawię się tym jak dziecko, czuję się jak odkrywca. Nasłuchuję, dostrajam z zatroskaną miną i wyglądam pewnie jak starodawny naukowiec zadumany nad swoją aparaturą. Nie jestem przecież przeciwnikiem postępu ale kto z nas nie chciałby mieć wspaniałego zabytkowego auta i jednocześnie na co dzień jeździć nowym ... ?


Używałem kiedyś stereofonicznego amplitunera Technics z połowy lat '90 (nie ma się z czego śmiać, była taka marka kiedyś, zresztą znów istnieje, Japońska … ). Lubiłem go, działał zupełnie bezawaryjnie i miał solidny transformator w zasilaczu. Wygodnie się go używało, grał o niebo lepiej od „zabytku” ale ... No właśnie. Jak wygląda obsługa takiego urządzenia? Pstrykam plastikowym guziczkiem, z wnętrza dobywa się stuk przekaźników i już po chwili słucham radia. Koniec. Żadnej magii. Mały matrycowy wyświetlacz skąpo raczy mnie bladymi cyferkami, a ja mogę sobie ewentualnie popstrykać kolejnymi plastikowymi guzikami. Wewnątrz – nudna płytka drukowana i radiator z krzywych blaszek.


Stare radio pozwoliło mi zrozumieć a właściwie przypomnieć sobie ważną rzecz. W całym tym zgiełku i natłoku wzmacniaczy, odtwarzaczy, DACów, plików, strumieni itp. chodzi o PRZYJEMNOŚĆ. Jakość - tak, parametry - jak najbardziej, ale najważniejsza jest przyjemność. Dlaczego dziś przeciętne urządzenie audio wygląda jak pudełko-zabawka z wyświetlaczem? Urządzenia zbudowane wspaniale oczywiście wciąż istnieją – odpowiednio też kosztują … jak zatem pogodzić przyjemność ze słuchania muzyki i obcowania z pięknym urządzeniem ze stosunkowo niewysokim kosztem? Rzucam to pytanie głośno w świat i widzę jak z oddali macha do mnie grupa ludzi – tak, to miłośnicy gramofonów i płyt winylowych. Powrót do płyt winylowych to reakcja na „ucyfrowienie” wszystkiego wokół. Gramofon to wehikuł czasu i jest po prostu piękny, romantyczny. W dodatku można go mieć za sensowne pieniądze. Tak, to jest ta sama aura, ten sam klimat, ta sama trudna do opisania przyjemność. Także warto, warto …

Ale to już temat na zupełnie inną historię.

Płonąca Żyrafa, Warszawa, 2016