ESEJ: Kanał lewy, kanał prawy - urok przycisków 'play', 'rec' i 'pause'

Trudno uwierzyć, że jeszcze w połowie XIX wieku (fonograf - 1878) nie można było zapisać i odtworzyć dźwięku. Nagrywanie dźwięku na rozmaitych nośnikach to sprawa w sumie całkiem nowa. Jednocześnie - w warunkach domowych już niemodna bo pliki wygodnie się kopiuje i nie ma potrzeby "przegrywania" dźwięku. W dobie magnetofonów, w erze przed komputerowej nagrywanie na taśmie było czymś oczywistym. Ale kiedyś nie było żadnych nośników - po za papierem i nutami. Nie istniało ograniczenie w postaci pojemności płyty, dostępnego czasu odtwarzania itp. Największe dzieła najznakomitszych kompozytorów nigdy nie zostały nagrane za życia ich twórców. Istnieją w postaci zapisu ... na papierze, który to zapis pozostawia dużą dowolność interpretacyjną. Natknąłem się kiedyś na artykuł opisujący różne współczesne wykonania którejś z symfonii Beethovena. Różni dyrygenci, różne orkiestry, różne wytwórnie płytowe - jedno dzieło. Różnica długości pomiędzy różnymi wykonaniami sięgała kilkunastu minut! Na dobrą sprawę trzeba przyjąć, że NIE WIEMY jak ten utwór powinien brzmieć ani nawet ile trwać ... Tempo Allegro - ile to będzie BPM ... ?


Płyta gramofonowa bez wątpienia odcisnęła ogromne piętno na tysiącach dzieł ważnych i nieważnych. Jej specyfika, kształt, wielkość - fizyczne cechy kawałka plastiku miały wielki wpływ na cały przemysł fonograficzny i na same dzieła. Płytę gramofonową można zapełnić osobnymi utworami ale można też połączyć utwory i zapisać nieprzerwany niczym dźwięk na całej dostępnej powierzchni. Jednak twórcy musieli mieć cały czas z tyłu głowy ograniczenia wynikające z pojemności płyty. Spora część wielkich dzieł progresywnego rocka jest skrojona na miarę jednej strony płyty winylowej. I to jest strzał w dziesiątkę. Naprawdę. Obawiam się, że twórcy, którzy z zapałem odkrywali nowe możliwości wielośladowej rejestracji dźwięku, obstawieni modularnymi syntezatorami Mooga, melotronami, organami Hammonda, EMS synthi 100 i VCS3, nieobarczeni ograniczeniami płyty, częstowaliby wielogodzinnymi suitami, zanudzając słuchaczy na śmierć, sami uprzednio umierając z nudów w studio nagraniowym lub wieszając się na pętli z taśmy zdjętej ze Studera A80. Tymczasem powstały dzieła w sam raz, dające się wysłuchać bez znużenia. Taka dyscyplina wyszła tym nagraniom na dobre. Uważam, że dwa razy po dwadzieścia minut to jest wszystko co może mieć do powiedzenia artysta popowy, rockowy czy jazzowy nagrywający płyty regularnie. Wybitnych albumów dwupłytowych jest mniej niż jedno płytowych ... Jest tu pewna manipulacja, bo przecież dwupłytowych dzieł ogólnie jest mniej ale i tak każdy chyba czuje co chciałem powiedzieć.

Idealnym przykładem świetnego wpisania się w możliwości płyty winylowej są dzieła Jeana Michaela Jarre'a - Oxygene, Equinoxe i Magnetic Fields. Świetnie w świat LP wpisywali się Flojdzi czy Tangerine Dream. Powstało wiele dzieł (jak na młody często wiek artysty) dojrzałych, w pełni wykorzystujących ograniczenia czarnej płyty, jej pojemność i dwu częściowość zapisu. Z drugiej strony utwory klasyczne, które powstały w czasach kiedy jedynym ograniczeniem był papier nutowy i wyobraźnia - nijak nie chciały pasować do płyty winylowej. Trzeba było je dzielić na części, na strony, na kilka nośników ... Tak więc (nie zaczyna się zdania od "więc") w naszych domach przybywało okrągłych czarnych placków z muzyką i chociaż w studio nagrywane były na taśmie, to jednak docelowo trzeba było zapis przyciąć na miarę LP. A właśnie - taśma ...


Hulaj dusza - piekła nie ma, taśma może ciągnąć się kilometrami ale ... Postawmy sprawę jasno - najwyższej klasy magnetofon to urządzenie wielkie jak pralka, znacznie od pralki cięższe i pochłaniające sporą ilość energii, równie dobrze moglibyśmy mieć w domu akcelerator. No dobra, trochę przesadzam, przecież można poprzestać na AKAI GX-747 (21kg...) albo Technics RS-1500 (25kg...). Jakość dźwięku - znakomita, wygląd - jak milion dolarów, przyjemność obcowania z precyzyjnie wykonanym mechanizmem - cudna. Ale ... zakładanie i zdejmowanie taśmy nie jest zbyt wygodne, taśmę trzeba przewijać, nie da się wygodnie w sekundę skoczyć dwa i pół utworu do przodu. A na winylu się da. A sensowny gramofon kosztuje mniej, ma konstrukcję (w porównaniu z wysokiej klasy magnetofonem) wręcz prymitywnie prostą i często jest łatwy w naprawie i kalibracji - zrobi to niemal każdy. A jednak - to właśnie magnetofon jest najważniejszym chyba wynalazkiem decydującym o całym rynku fonograficznym XX wieku. Wszystkie nasze ulubione stare ale i całkiem nowe płyty - to pierwotnie zapis na taśmie. Oczywiście z czasem przybywało rejestracji cyfrowych ale początkowo WCALE nie eliminowało to taśmy - Mitsubishi ProDigi, Sony DASH, Studer D820, Alesis ADAT - to wszystko sposoby na zapis cyfrowy ale wciąż na taśmie. Potem sprawę załatwiły dyski twarde i tak już zostało. Przynajmniej na razie.


Kaseta magnetofonowa ma swój klimat i dziś może mieć posmak "vintage", ale zawsze mnie trochę irytowała. Owszem, lubiłem magnetofony i nagrywanie a nawet specyficzny charakter brzmienia niektórych urządzeń i taśm. Niestety kupowanie nagranych taśm, których wciąż mam pełną szufladę to był koszmar i loteria. Pływanie dźwięku, każda taśma nagrana na innym ustawieniu głowic, jedne niemal bez basu - inne zmulone z wyciętą górą. Niektóre nagrane za cicho, inne znów przesterowane. Z drugiej strony, dobry trójgłowicowy, trzysilnikowy deck załadowany dobrą taśmą potrafił zagrać świetnie. Tego się nie da powtórzyć z pliku ani z CD. Bardzo lubiłem deck z ręczną regulacją prądu podkładu - można było nieco podwyższyć poziom basu i jednocześnie minimalnie przedobrzyć poziom zapisu - co dawało lekką kompresję i napompowany dół. Dźwięk był bardzo nasycony i pełny choć oczywiście w kategoriach audiofilskich - bardzo daleki od ideału. Dziś traktuję ten nośnik z sentymentem ale i pobłażaniem. Lubię czasem odkurzyć stare decki i kasety ale na co dzień - do szuflady.


Jeśli przyjmiemy, że najważniejszym wynalazkiem z punktu widzenia studiów nagraniowych był magnetofon - to dla odtwarzania muzyki w domu największym przełomem było w/g mnie - wprowadzenie płyt CD. Nawet pliki nie przyniosły takiego przełomu. Są jedynie pozbawione fizyczności, po prostu nie ma plastikowego kółka ale to w sumie tyle. Nie do końca jestem przekonany, że rozdzielczości plików rzędu 24bit / 192kHz robią jakąś super robotę. Pytanie brzmi - jak dany materiał został pierwotnie nagrany. Czy na pewno podawanie go w tak gęstym formacie da nam nową jakość? Czy nagranie dokonane pierwotnie analogowo na taśmie rzeczywiście zagra lepiej z gęstego pliku niż z CD? W połowie lat 80 mieliśmy już nagrania dokonywane cyfrowo - Mitsubishi ProDigi i Sony DASH / Studer D820. Ale przecież możliwości tych maszyn to często 16bit, 44/48kHz. Było trochę wyjątkowych maszyn, które osiągały 24bit / 48kHz przy prędkości taśmy ... 45 cali na sekundę! Faktem jest, że niektóre maszyny Mitsubishi wyciągały 96kHz. Sytuację niespecjalnie zmieniły też ADAT i DAT ... To oznacza, że przez całe dekady nagrywano w studio tysiące tytułów w formatach, które dziś mogą niespecjalnie zyskać na upychaniu ich w super-gęstych plikach.

Ale miało być o CD - był to pierwszy nośnik, który dawał trwałą namiastkę tego, co nagrano w studio. Bez dodatkowych szumów i trzasków. Dającą się odtwarzać tysiące razy. I chociaż pierwsze odtwarzacze nie grały zbyt pięknie, to z czasem technika dojrzała na tyle, że można traktować ten nośnik w kategoriach audiofilskich. Pojemność sięgająca 80 minut ... No właśnie. Zniknęły sztywne ramy płyty LP i pojawiły się płyty przegadane, rozwleczone do granic możliwości, obfite w wypełniacze. Kiedyś te nagrania nie weszłyby na płytę. Wybrano by 8 najlepszych a 4 najsłabsze by odpadły. W erze CD ładowano na płytę wszystko co się dało, łącznie z często kiepskimi bonusami. Tak powstały tytuły niemożliwe do wysłuchania w całości. Co ciekawe - trend ten wcale się nie pogłębia. Wręcz przeciwnie - coraz częściej widzę wydawnictwa skrojone pod LP. Po prostu winyl wrócił. Ciekawym artefaktem po dawnych czasach są płyty CD z przerwą pośrodku, z nagraniami dokonanymi kiedy królował winyl. Płyty Jarre'a, Pink Floyd czy Tangerine Dream możnaby przecież zremiksować tak aby stanowiły nieprzerwaną całość i wydać na CD. Ale pomiędzy Oxygene III i IV zawsze mamy przerwę - pozostałość po LP ... Były tez plusy dużej pojemności CD - sporo utworów klasycznych wreszcie wydano w jednym kawałku i nie trzeba zmieniać strony płyty. Kompakt przywrócił im godność i należytą formę wynikającą z nut.


Dziś CD jest zupełnym dołku, młodzi go nie potrzebują, starzy o nim zapominają a ja uważam, że właśnie dziś odtwarzacze CD grają lepiej niż kiedykolwiek. Jakoś nie umiem też zerwać z fizycznym nośnikiem, okładką itp. Lubię słuchać plików z telefonu przez słuchawki ale w domu fajnie jest mieć płytę.

Dalej jest już świat kart pamięci, pendrivów i internetu. Klasyczne coś za coś - łatwość dostępu, dość dobra jakość, brak magii. To jest jeden z powodów renesansu LP - ludzie jednak chcą rytuałów ...

Ale to już temat za zupełnie inną rozmowę ...

Płonąca Żyrafa, Warszawa, 2016

Bibliografia

http://www.hifiengine.com

http://www.studerundrevox.de

http://museumofmagneticsoundrecording.org

"Elektroakustyka w pytaniach i odpowiedziach" - Bolesław Urbański

Wydawnictwa Naukowo-Techniczne 1993