ESEJ: Każdy ma swój szczyt. Niemen Aerolit.

Aerolit
Za każdym razem, kiedy media wspominają Czesława Niemena, jako ilustrację muzyczną wybierają ograne do granic możliwości motywy, najczęściej „Dziwny jest ten świat”. Efekt tego nierozważnego działania jest taki, że przeciętny człowiek zapytany na ulicy o twórczość Niemena pewnie miałby kłopot w rozpoznaniu czegokolwiek poza wspomnianym utworem i może jeszcze „Pod Papugami”, „Sen o Warszawie”, w najlepszym razie „Bema pamięci żałobny rapsod”. Nie wymagam wcale aby przeciętny słuchacz zachwycał się np.: mocno progresywną i wręcz eksperymentalną płytą „Strange Is This World” wydaną dla CBS w 1972 roku. To mógłby być skok na zbyt głęboką wodę, nie musimy szukać aż tak daleko … Enigmatic to już okres dojrzały, na bardzo, bardzo wysokim jazz-prog-rockowym poziomie, ale dopiero Aerolit wydany w 1975 roku przyniósł okres – w mojej ocenie – szczytowy dla tego artysty. To jest Niemen prawdziwy, ten najbardziej wyrafinowany, już doświadczony i dojrzały.

Kiedy byłem bardzo młodym człowiekiem, twórczość Niemena wydawała mi się przestarzała i zbyt wydumana, koturnowa. Zupełnie nie rozumiałem o co chodzi. To był czas kiedy z jednej strony fascynowałem się muzykę elektroniczną a z drugiej – katowałem się wagą ciężką; na mojej półce stały obok siebie nagrania J. M. Jarre'a, Marka Bilińskiego i Cannibal Corpse ... Z wiekiem odkrywałem coraz więcej i więcej muzyki i ... w pewnym momencie wygrzebałem spod sterty szpargałów stare i porzucone w kąt winyle moich rodziców. Wszystko się zmieniło. Te same płyty, które w dzieciństwie traktowałem jak zbędny balast i stertę śmieci wypełnioną przestarzałą muzyką, teraz nabrały dla mnie blasku. Do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć po prostu. A może też – zestarzeć się.

Aerolit

SX 1192 - Aerolit

Kilka lat temu w moje ręce wpadł bardzo dobrze utrzymany egzemplarz płyty SX 1192 – Niemen Aerolit[1]. Okładka zaprojektowana przez samego Artystę nadaje całości tajemniczego i poetyckiego charakteru. Niestety jakość papieru nie jest wysoka i okładka jest bardzo wiotka, to cud, że uchowała się w dobrym stanie. Wiele okładek polskich płyt z tamtych czasów wygląda dziś jak szmata. Płyta została zarejestrowana w studio Polskich Nagrań w Warszawie w listopadzie 1974 roku w składzie: Piotr Dziemski, Andrzej Nowak, Jacek Gazda, Sławomir Piwowar, Czesław Niemen. Mój egzemplarz nosi oznaczenia S3X 1192 A-3 / S3X 1192 B-4 i posiada typowy dla polskich płyt z tamtego okresu label. Sam nośnik jest wykonany bez zarzutu, jest równy i ma gładkie krawędzie, etykieta jest dobrze przycięta i naklejona. W kilku najcichszych fragmentach, gdzieś na granicy słyszalności, jest bardzo słaby print-through[2], delikatne przed-echo powstałe prawdopodobnie przez wzajemne namagnesowanie sąsiadujących zwojów taśmy.

Dźwięk jest naprawdę dobry, chociaż szkoda, że nie zdecydowano się nadać więcej „masy” brzmieniu perkusji. Gra na niej wspaniały muzyk – Piotr Dziemski[3][4], w swoim precyzyjnym i motorycznym stylu, nadaje całości ogromny „drive”, posługuje się bębnami z niezwykłą swobodą. Kilka miesięcy po tym nagraniu już go z nami nie było. Miał 22 lata.

Cztery Ściany Świata

Wielki, monumentalny utwór otwierający płytę z doskonałym tekstem Jonasza Kofty[5] o ponadczasowym przesłaniu. To jest jeden z tych tekstów, które traktuję z pewną zazdrością – że sam czegoś takiego nie wymyśliłem, chciałbym umieć coś takiego napisać. Niemen rządzi tu niepodzielnie – jego głos jest mocny i dramatyczny, jego moogi dominują improwizacjami a mellotron dodaje nieco ducha King Crimson. Finał utworu ze słowami „Jest świat ze ścian / Rosnących w górę / W nim traci wartość słowo / Ja stoję przed zwyczajnym murem / I walę w niego głową” emanuje niezwykłą energią i uczuciem, podkreślając bezsilność, rozpacz i niezgodę na rzeczywistość. Ten utwór to także popis Piotra Dziemskiego – perkusja jest tu niebywale punktualna, pełno jest tu szybkich, energicznych przejść.

Aerolit

Całość

Płyta czerpie z najlepszych wzorców prog-rocka a jednocześnie jest bardzo emocjonalna, słowiańska, dramatyczna. Najważniejsze zaś jest to, że praktycznie nie ma odpowiedników, nie jest jedynie zgrabnie podpatrzona (co jest przekleństwem i smutną prawdą o wielu polskich płytach) – jest oryginalna, to Niemen w całej swej kolorowej różnorodności, jest jak wielobarwny ptak o pięknym wnętrzu. Coś w tej duszy artysty się kotłuje i to słychać.

Doskonałe teksty wspaniałych poetów, ambitne kompozycje i poziom wykonawców stawiają poprzeczkę bardzo wysoko. Także słuchaczowi, co być może jest jedną z przyczyn dla których Niemen jednak nie zrobił wielkiej kariery w USA. Jego twórczość jest tak daleka od fast-foodów jak to tylko możliwe. Przypuszczam, że Niemen nie był łatwym współpracownikiem, nie udało by się wypracować czegoś takiego jak Aerolit bez precyzyjnej wizji, pewnej konsekwentnie przeprowadzonej od a do z koncepcji i wrodzonego perfekcjonizmu.

Aerolit
Aerolit nieco przewartościował w mojej głowie muzyczny świat. Gigantów ambitnego (czasem też pretensjonalnego...) rocka z zachodu poznałem wcześniej niż Aerolit. Kiedy po raz pierwszy słuchałem tej płyty w całości, znałem już sporą część nagrań King Crimson, Yes, ELP itd. Zrozumiałem wtedy, że w tych grupach nigdy nie było i nie będzie takiej osobowości ani takiego głosu jakim dysponował Niemen. On sprawił, że twórczość wybitnych prog-rockowych zespołów jakby nieco zbladła w moich oczach ...

Czapki z głów.

Płonąca Żyrafa, Warszawa, 2017