ESEJ: KINSKY „PRAETERITO FUTURUM”: lodowaty pocałunek groteski

Gratulacje, wiwaty, szok, niedowierzanie, egzaltacja, zepsuta karuzela, konsternacja, nirwana, euforia, lepienie bałwana, mania, fobia, rozkosz, absmak, nieczynne muzeum, zachód słońca, wczesny renesans, śmiech, groza, schadenfreude, ekstatyczny remont parowozu.

PRAETERITO FUTURUM
Druga połowa lat '90 nie była sprzyjająca dla niestrudzonych muzycznych eksperymentatorów. Na przełomie lat '80 i '90 działało w Polsce dużo ciekawych, nietuzinkowych grup przecierających post-industrialne, techno-metalowe a czasem zupełnie nie dające się sklasyfikować szlaki. Kinsky, Kobong, Hedone, Rigor Mortiss, Wieloryb, Rongwrong, Księżyc ... Pod koniec drugiej połowy lat '90 (z nielicznymi wyjątkami) grupy te albo nie istniały albo ich działalność została ograniczona do tego stopnia, że niemal zniknęły.

Minęło 20 lat. I zdarzyło się coś niezwykłego – dziś znów można wyczuć w powietrzu ten sam wiatr zmian i nieokreśloności. Czas szukania własnej tożsamości i przypisywania wartości na nowo. Nazywania tego co już dawno nazwane, szukanie granic gdzie ich nie ma i kruszenia murów, które sami w pocie czoła budujemy. Ciągła konstrukcja i dekonstrukcja – ludzka odwieczna obsesja. Pojawiła się przestrzeń dla niepokornych artystów przywracających do życia projekty z tamtego okresu – powrót zaliczył już np.: Rigor Mortiss i debiut Kinskiego – „Copula Mundi”. Co ciekawe – dzieje się to w czasach kiedy wszystkie rodzaje ludzkiej działalności pochłonął internet a tu jakby na przekór tej modzie grupy te powróciły z fizycznymi płytami, wydanymi z imponującą poligrafią, często na winylu. Wydane z rozmachem o jakim nie można było pomarzyć 20 lat temu.

Pępek świata gdzieś między Włocławkiem a Warszawą

Debiutancki album „Copula Mundi” nosił wyraźne echa post-industrialne, pomimo silnie zarysowanego charakteru wpisywał się w pewien nurt. Monumentalne brzmienie, oddech fabrycznej hali i bardzo długie przerwy między utworami wypełnione industrialną aurą. Jednak cała reszta wyłamywała się z tego schematu: artystyczna okładka, wielojęzyczne teksty, klimat z pogranicza teatru, manifestu i upiornych wizji rodem z malarstwa średniowiecznego. Było to dzieło totalne, trudne w odbiorze, dopracowane od początku do końca.

PRAETERITO FUTURUM + COPULA MUNDI

Przyszłość 20 lat temu

Drugi materiał Kinskiego został zarejestrowany w 1997 roku. I chociaż przyczyny nie ukazania się tej płyty były zupełnie pozarynkowe, to był to - w mojej ocenie - ciężki czas dla niekonwencjonalnej muzyki w Polsce. Przypuszczam, że wydanie tej płyty w roku powstania mogło być gorszym pomysłem niż obecnie. Ostatecznie dwudziestoletnia zwłoka wyszła jej chyba na dobre … (tym bardziej, że słowo 'zwłoka' jakoś dziwnie mi tu pasuje ze względu na okładkę...). Jeśli wyszedłeś przed szereg dwie dekady temu i okazało się, że dalej stoisz w awangardzie – to wiesz, że coś się dzieje.

Chwila wolności albo rigor mortis

„Praeterito Futurum” w odróżnieniu od debiutu nie ma już żadnych post-industrialnych naleciałości, Kinsky jest już zupełnie zatopiony w swoim świecie i własnym sosie. Fabryczna aura nieco ustąpiła na rzecz groteski, kruszący mury łomot oddał pole eksperymentom rytmicznym, ponury oddech opuszczonych hal wywietrzał na rzecz sampli i rozszerzonej palety brzmień. To co uderza podczas pierwszej konfrontacji z tą płytą jest jej wielowarstwowość. Chociaż ma bardziej konwencjonalną formę następujących po sobie utworów, to sama muzyka stała się wielowątkowa, wielopłaszczyznowa i złożona rytmicznie. Dzieje się tu naprawdę dużo. Szczypta fortepianu, czasem zawyją dęciaki, jakieś jęki, szumy, skomplikowane rytmy, pół kilograma sampli i rozedrganych riffów. Mamy tu także kilka punktów z jazdy obowiązkowej Kinskiego: wielojęzyczność, wątki literacko – filozoficzne, trudną do opisania teatralność i oczywiście niemożliwe do podrobienia dramatyczne wokalizy Paulusa.

PRAETERITO FUTURUM
Kolejną rzucającą się w uszy rzeczą jest bardzo dobra realizacja. Aż trudno uwierzyć, że udało się uzyskać tak klarowne i przejrzyste brzmienie przy dużym stopniu komplikacji utworów. O ile 'Copula Mundi' było śmiertelnie poważne – co jak sądzę zniechęcało część audytorium – o tyle 'Praeterito Futurum' ma w sobie duży ładunek groteski. Jest i strasznie i śmiesznie ale jednak bardziej strasznie... Jeśli miałbym znaleźć analogię dla tej płyty w obrazie - to dzieła Hieronima Boscha wydają się być dobrym odnośnikiem.

Płyta jest dość krótka (38 minut) i równa – nie ma żadnych wypełniaczy, trzyma podobny poziom do ostatniego dźwięku. Jest w niej też coś jazzowego a nawet … prog-rockowego, choć oczywiście w specyficznym stylu Kinskiego. Co ciekawe płyta zyskuje z każdym przesłuchaniem, za pierwszym razem nie odkryłem całej jej złożoności i zostałem z lekkim uczuciem niedosytu. Za trzecim – piątym razem można już ogarnąć tę strukturę i teraz mogę przyznać, że bije ona debiut na głowę. 'Copula Mundi' działało inaczej – bo za pierwszym razem. Brzmienie „Praeterito Futurum” jest bardzo nowoczesne, można spokojnie rozpowiadać, że powstało wczoraj – nikt się nie zorientuje a nawet będą kręcić głową, że tak nowocześnie i w ogóle... Nie odczuwa się dwóch dekad przestoju w tym projekcie. Wciąż brzmi bardziej FUTURUM niż PRAETERITO.

PRAETERITO FUTURUM

Oddech czarnej śmierci

Okładka autorstwa Łukasza Rychlickiego godnie dotrzymuje kroku debiutowi – co nie było łatwe, ze względu na niespotykany rozmach 'Copula Mundi'. Obfite użycie złotej farby, freski i straszna, groteskowa wkładka doskonale korespondują z zawartością płyty. Trzeba tu zaznaczyć, że druk i jakość użytych materiałów jest absolutnie bez zarzutu. Podobnie jak jakość tłoczenia płyty winylowej. Materiał otrzymał godną oprawę i całość można z dumą postawić na półce. Świetnym pomysłem jest wydanie LP+CD – pełen szacunek dla Anteny Krzyku za taką opcję. Kolekcjonerski rarytas i wygodny przedmiot w jednym.

Czas, który nie minął

Wtedy byłem młody a dziś już nie jestem. Dwadzieścia lat minęło w mgnieniu oka i nie mogę uwierzyć, że już nie jestem tym samym człowiekiem, który chodził po ulicach i wszystko go ciekawiło, wszystko wydawało się nowe i pociągające. A dzisiaj może już mnie tak nic nie fascynuje i nie pociąga ale za to mam na półce drugą, dawno zapomnianą i mityczną płytę Kinskiego, która „podobno istnieje”.

PRAETERITO FUTURUM + COPULA MUNDI

Istnieje i to jak.

Ocena płyty: pięć gwiazdek na dwa kółka, siedem gwiazdozbiorów na metr kwadratowy, pięć kilowatów na dwa furlongi kubiczne, Kelvin sam w domu, trzech filozofów na łebku szpilki, kultywator do ziemniaków gratis, euforyczne zrywanie eternitu, pościerany gumolit, spontaniczny przegląd instalacji gazowej, hodowanie koralowców w beczkowozie, obsesyjne studiowanie oznaczeń na oponach zimowych, przenoszenie się w czasie tylko po to, żeby pozamieniać farby znanym malarzom, sypanie koksu do klawesynu, lody kiełbasiane z czekoladą i okruszkami ze stołu króla.

Św. Katarzyna ze Sieny podobno dała 9/10 bo trochę słabo wyszła na zdjęciu.

Płonąca Żyrafa, Warszawa 2018